– On jest szalony – mówi Noreddine, kurczowo trzymając się kanapy – Zawsze w takich momentach włącza śpiew koraniczny z odtwarzacza, a ja się tylko modlę, żeby mnie nie zabił.

Faktycznie Nor wygląda na przerażonego, chociaż uśmiecha się, kiedy robię mu zdjęcie. Nie lubi takich sytuacji. W przeciwieństwie do niego Hamid i jego tęgi kolega zdają się bawić doskonale. Śmieją się do siebie. Ja czuję się dość niepewnie – trochę podobnie jak Nor, ale co ma być to będzie. Adrenalina uderza do głowy, a mi nie pozostaje nic innego, jak zaufać kierowcy. Licznik dobija do 190 km/h, mitsubishi wciska się w asfalt, a kolumna samochodów na prawym pasie pozostaje w tyle.

***

Jeszcze przed południem docieram na rogatki miasta. Posłuchałem rady żandarmów, by wracać tą samą drogą, a nie pchać się na pewną śmierć w przeciwnym kierunku – tamtędy nikt nie jeździ i pewnie umarłbym z nudów, czekając na podwózkę. A tutaj, w kierunku Guelmim, raz na jakiś czas przynajmniej coś się znajdzie.

2013-07-22 assa brama

Dzisiaj na służbie są dokładnie ci sami dwaj, którzy wczoraj sprawdzali mój paszport. Rozpoznają mnie od razu, bo przecież miasta nie odwiedzał nikt inny mojego pokroju. Siadam na krawężniku w cieniu rzucanym przez bramę i rozkładam się wygodnie. Ten łysawy mówi trochę po angielsku, więc możemy sobie pogadać. Chwalę się, ile arabskich słów już się nauczyłem, ale ten poprawia mnie, że znam jakiś pośledni dialekt. Powtarza każde moje słowo w klasycznym arabskim, tak jak się mówi na wschodzie, w kolebce islamu.

Ze wszystkich grup społecznych i zawodowych, jakie można spotkać w Maroko, żandarmeria to zawsze jest ta, na której można polegać najbardziej. Nauczony doświadczeniem nie waham się poprosić o pomoc – pan w mundurze lepiej mówi w tutejszym języku, więc łatwiej mu będzie przekonać kierowców, żeby mnie zabrali. Ja mam tylko ładnie się uśmiechać i nie wyglądać na psychopatę.

W ciągu godziny przez posterunek przejeżdża parę samochodów, kierujących się w stronę Guelmim, ale wszystkie albo pełne, albo taksówki, albo kierowca nie chce. Dopiero około południa pojawia się iskierka nadziei w postaci potężnego hyundaia z napędem na cztery koła. Sam jestem zdziwiony, że bryka tej kategorii zapuściła się aż tak głęboko na zadupie cywilizacji.

2013-07-21 pustynia1

Za sterami potężnej gabloty zasiada Hamid, wiecznie uśmiechnięty facet z bródką i w ciemnych okularach. Koło niego jego kompan – Bouazza, niesamowicie energiczny i żywiołowy chłopaczek o filigranowej posturze. Tylko ten drugi mówi po angielsku, ale na tyle dobrze, żebyśmy mieli o czym rozmawiać przez resztę podróży, a do celu przecież ponad sto kilometrów jazdy przez pustynię. Opowiada mi całą historię swojego życia ze wszystkimi szczegółami.

– Jak miałem dziewięć lat, to do Guelmim sprowadził się stary Holender, emeryt. Stwierdził, że spędzi resztę życia na pustyni, w ciepełku. On mnie wszystkiego nauczył: pisania, czytania, matematyki, obsługi i naprawy komputera. Dasz wiarę? Moja rodzina do dzisiaj nie umie czytać ani pisać, a ja mam firmę i jeżdżę takim samochodem. Był moim mentorem i przyjacielem, dopóki nie umarł całkiem niedawno.

– A co to za firma?

– Zaczynałem od naprawiania komputerów, a teraz sprowadzam sprzęt medyczny z Włoch i sprzedaję go szpitalom w całym kraju. Właśnie wracamy do biura, załatwialiśmy sprawy biznesowe w Assie, a gdybyśmy się spotkali parę dni wcześniej, to bym cię zawiózł do samego Tata, bo dopiero co jechałem tam w interesach.

2013-07-21 pustynia3

Bouazza to klasyczny przykład „od zera do bohatera”; chłopaka, który zaczynał z niczym, a zaszedł wysoko przez własną determinację. Opowiada o swoim życiu z ogromnym zapałem i widać, że jest dumny ze swoich osiągnięć. Ja sam jestem pod wrażeniem, szczególnie, że właśnie opuściłem miasto, w którym nikt nie mówi po angielsku, nie posiada żadnej edukacji ani nie zna pojęcia szczoteczki do zębów.

Temat schodzi na islam, głównie w rozumieniu kultury i tradycji. Dowiaduję się chociażby, że „abd” to niewolnik, a więc wszystkie imiona począwszy od Abdullaha, a na Abdelalim i Abdessamadzie kończąc, oznaczają niewolnika Allaha z użyciem różnorakich epitetów określających go. W Świętej Księdze zawartych jest ich dokładnie dziewięćdziesiąt dziewięć.

– W tych stronach moje imię to rzadkość – stwierdza Bouazza – Na północy jest takich pełno, ale ani tutaj, ani tam, skąd pochodzę, w ogóle się go nie używa. W tych stronach nie spotkałem nigdy innego Bouazzy, ale matka nadała mi je, bo podobno jak była w ciąży, to objawił jej się we śnie sam Prorok i to on jej kazał. Wtedy mieszkała jeszcze we wsi pod Taroudantem, potem rodzice przenieśli się do Guelmim.

2013-07-21 guelmim miasto

Docieramy tam po godzinie jazdy. Zajeżdżamy pod dom Bouazzy, gdzie ten przesiada się w drugi samochód. Na dwa wozy jedziemy do biura firmy, gdzie skórzanych foteli i drogiej elektroniki jest więcej niż w życiu dane było zobaczyć przeciętnemu Marokańczykowi z pustyni. Gospodarz oczywiście nalega, bym został na iftar i proponuje nocleg u siebie w domu, bo ma jeszcze sporo tematów do obgadania, a z pewnością byśmy się jeden od drugiego wiele nauczyli. Z wielkim żalem odmawiam jednak i decyduję się ruszyć w dalszą drogę, bo mam wrażenie, że wędrówka przez pustynię, zaplanowana na kilka dni, zaczyna się przeciągać ze względu na niezwykłą gościnność tubylców. Już przecież poprzedniego dnia jeden z tutejszych sklepikarzy proponował mi to samo. Przed wieczorem planuję dojechać tak daleko, jak tylko się da.

Spędzamy trochę czasu odpoczywając w siedzibie firmy. Na miejscu pojawia się Noreddine, wygolony na jajo chłopak w czerwonym polo, emanujący niezwykłą, niespotykaną dawką pozytywnej energii. Już od pierwszych chwil dogaduję się z nim znakomicie i żałuję, że ludzi takich jak on nie można załadować w plecak i zabrać ze sobą w dalszą podróż. Nor wydaje się dużo bardziej ostrożny i rozważny od swoich kolegów, ale jest przy tym niesamowicie przyjazny i uprzejmy.

Pod biuro zajeżdża jeszcze jeden samochód – tym razem jest to wysokiej klasy biały mercedes. Widać, że Bouazza nie jest jedynym, któremu udało się wybić na tym pozornie pozbawionym perspektyw pustkowiu. Z mercedesa wysiada tęgi chłopaczyna, z którym witam się jak ze starym druhem, ale ten nie mówi po angielsku, więc nawet nie udaje mi się zapamiętać jego imienia. Chłopaki proszą go tylko, żeby zrobił nam parę wspólnych zdjęć na pożegnanie. Obiecują także odwieźć mnie jeszcze do Bouizakarne, ale Bouazza ma pilne sprawy do załatwienia i musi zostać w firmie. Ładujemy się do mitsubishi, a Nor bierze pod opiekę moją bałałajkę.

2013-07-22 guelmim

Na marokańskiej N1 Hamid daje pokaz swoich umiejętności. Cała droga należy do niego, jego wóz z łatwością zostawia w tyle stare taksówki, minivany i wyładowane towarem ciężarówki. Nic innego tutaj nie jeździ. Poprzedniego dnia byłem już na tej drodze, ale jechałem w przeciwnym kierunku. Przyszło mi nawet wtedy do głowy, żeby z Guelmim pojechać jeszcze dalej na południe, bo to główna arteria ciągnąca się po tej stronie kontynentu. Kilka godzin drogi i zaczyna się Sahara Zachodnia. Tysiąc kilometrów dalej znajduje się Dakhla, a potem to już Mauretania, Senegal, Gwinea i reszta Afryki, coraz dzikszej i egzotycznej. W sumie po dziś dzień zastanawiam się, czemu tego nie zrobiłem, a tym bardziej – gdzie byłbym obecnie. Wtedy jednak, spotkawszy tę fantastyczną kompanię, zdecydowałem się powoli wracać na północ.

2013-07-21 N1

– Widzisz te krzaki, o tam? – Pokazuję palcem – Przedwczoraj rozbiłem tam namiot, nikt mnie od strony drogi nie widział, może jedynie z tego więzienia tam nieopodal.

– Głupi jesteś czy co? – Noreddine nie kryje zdziwienia – Nie bałeś się wilków?

– Tu są wilki?

– Całe watahy. Zbiegają z gór w pobliże miasta. I węże i skorpiony. Masz szczęście, że na nic się nie napatoczyłeś!

Po raz kolejny przychodzi mi do głowy, że moja głupota i nieprzygotowanie mogło odbić się nieprzyjemnie na powodzeniu całej wyprawy. Wzruszam ramionami. Mogło, ale się nie odbiło. Mimo wszystko wciąż na dnie mojego umysłu coś nakazuje mi myśleć, że skoro o czymś nie wiem, to tego nie ma. Działa to także w przypadku dzikich zwierząt.

Dojeżdżamy do celu. Dystans czterdziestu dwóch kilometrów pokonaliśmy w mniej niż dwadzieścia minut. Chłopaki wysadzają mnie po drugiej stronie miasta, na wylotówce w kierunku Taghjijt. Robimy sobie jeszcze parę wspólnych zdjęć zanim odjadą. Przedtem przyrzekam im parokrotnie, że jeszcze ich tam kiedyś odwiedzę, chociaż, mówiąc szczerze, wolałbym wcale stamtąd nie wyjeżdżać…

2013-07-22 bouizakarne

Reklamy

One thought on “Książę Pustyni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s