Jest jakoś połowa sierpnia, a ja właśnie zamierzam po raz trzeci opuścić Fez. Trzeci raz powinien być zdecydowanie łatwiejszy niż pierwszy, jak to bywa ze wszystkim, ale wcześniej za każdym razem robiłem to z kimś, do tego jechaliśmy na południe, w kierunku Azrou i Sahary, i zawsze w ciągu dnia. Tym razem niestety jestem sam i powoli się ściemnia, a w gruncie rzeczy chwila moment i już jest całkiem ciemno.

Hostel opuszczam dopiero wieczorem, bo taki ze mnie leń, że nie chce mi się tyłka ruszyć. Zanim pozbierałem wszystkie swoje graty, nażarłem do syta i pożegnałem ze wszystkimi, już jest dość późno. Do tego jakoś nie widziało mi się wychodzić znowu na pełne słońce, bo skwar każdego dnia jest niemiłosierny, choć tutaj i tak o niebo mniejszy niż dalej w głąb kontynentu.

2013-08-11 funky

Obładowany sprzętem docieram na plac, z którego odjeżdża kilka autobusów i małe taksówki. O tej porze na mieście jest największy ruch, bo ludzie albo wracają do domów, albo łażą za jakimiś zakupami, bo przecież zaraz trzeba zjeść kolację, albo też kręcą się bez celu, jak to wielu tubylców ma w zwyczaju robić. Wykoncypowałem sobie, że małą taksówką podjadę gdzieś na peryferia miasta po jego północnej stronie, podejdę kawałek i tam będę próbował szczęścia. Nie spodziewałem się odjechać tej nocy daleko – ważne, aby przynajmniej się ruszyć i wyjechać z miasta, bo to jest zawsze najtrudniejsze.

Kręcę się po placu, ładując się prosto pod przejeżdżające taksówki, a potem wtykając kierowcom łapę przez okno, żeby naprędce odprawić rytuał i wcisnąć się do kabiny. Żaden jednak nie jedzie tam, gdzie ja chcę, a jeśli już by się zgodził, to i tak żąda niebotycznych sum za przejazd. Do autobusu też nijak się nie wcisnę z moimi tobołami, bo tłumy walą drzwiami i oknami. Już prędzej poszedłbym piechotą.

2013-08-12 plac

Nie ma jednak tego złego, bo zawsze pozostaje jeszcze ostatnia deska ratunku, na której jak dotychczas się nie zawiodłem – żandarmeria. Pośrodku placu stoi mundurowy i dyryguje ruchem. Podchodzę, profilaktycznie kładę mu rękę na ramieniu i odprawiam rytuał. Jest już mój. U boku żandarma jest zawsze najbezpieczniej, bo tacy tępią naciągaczy, więc żaden wydrwigrosz łasy na moją europejską kiesę się do mnie nie zbliży. Tłumaczę policjantowi, co zamierzam zrobić i gdzie dojechać. Nie mówi po angielsku, a ja po ichniemu, ale pokazuję mu mapę w telefonie i wskazuję palcem, gdzie chcę dojechać. Żaden autobus tam nie kursuje, ale spokojna głowa, zaraz znajdzie się taksówka.

Wsiadam do czerwonego fiata uno ze skrzynią na dachu, a żandarm przez okno tłumaczy kierowcy, co i jak ma zrobić. Tak tu się załatwia sprawy. Dosiadają się jeszcze dwie panie: lokalne, ale mówią po angielsku. Przez resztę drogi są pośredniczkami między mną a kierowcą, choć nie bardzo kapują, po co samotny turysta miałby wybierać się w tę część miasta o tej porze. Zresztą nie tylko one.

petit taxi

Taksiarz wysadza mnie na jakimś rondzie czy większym skrzyżowaniu, które wygląda na centrum handlu i życia społecznego w tej dzielnicy. Wzdłuż drogi i dalej w głąb bocznych uliczek rozstawione są stragany; wszyscy handlują wszystkim. Bez zbędnych ceregieli ruszam przed siebie, bo wiem, gdzie mam iść. Szeroka arteria prowadzi na skraj miasta, a jak skończą się budynki, będzie można łapać okazję. Po drodze zachodzę jeszcze tylko do sklepu, bo trzeba uzupełnić zapas wody przed podróżą. To zawsze jest najważniejsze, chociaż nie jestem już na pustyni i w tej części kraju raczej nie zginę. Przynajmniej z pragnienia.

Im dłużej maszeruję, tym więcej dzieciaków zbiera się wokół mnie. Najpierw może dwóch czy trzech chłopaczków, potem jest już cała gromada. „Un dirham, monsieur” – wołają. Turysty pewnie dawno na oczy nie widzieli, bo żaden o zdrowych zmysłach się tutaj nie zapuszcza. Ja się do takich nie zaliczam. Dzieciakom nic nie daję, bo już się nauczyłem, że z samego biegania i krzyczenia będą miały frajdę, a jak im coś dam, to się obrażą, że mało. Pozwalam im więc skakać wokół mnie i zagadywać, pozostawiając ich w błogiej, beztroskiej nieświadomości, że i tak nic nie dostaną.

Okolica nie wygląda zbyt ciekawie. W tej części miasta już mało kto ma szyby w oknach i tynk na ścianach, samochodów jak na lekarstwo, a ja oczywiście jak zwykle idę asfaltem, bo na marokańskich chodnikach nietrudno się połamać. Co i rusz ktoś pali kupę śmieci, czy to luzem, czy w blaszanych beczkach. Ludzie siedzą na murkach i krawężnikach, nie mając co robić, a ja jestem dla nich największą atrakcją wieczoru. Śledzą mnie setki oczu. Rzekłbym, że to slumsy jak na Fez, chociaż w innych częściach świata można przecież znaleźć gorsze kurwidołki.

Z czasem towarzysząca mi hałastra dywersyfikuje się pod względem wieku i płci. Teraz są ze mną też stare matrony i nawet ze dwie młódki, takie, że jakby matek i tłumu facetów wokół nie było, to bym się do nich mógł uśmiechnąć nawet więcej niż raz.

Czułbym się tu całkiem przyjemnie, gdyby nie niecodzienne gesty, jakimi raczą mnie otaczający ludzie. Ja do nich uprzejmie: „salam, labas”, a oni na przemian tylko wskazują palcami na niknącą w ciemności drogę, tam gdzie kończą się budynki, to znowu na mnie, to znowu tymi samymi palcami podrzynają sobie gardła. Czasami także jeden z drugim złożą palce w mały pistolecik, przyłożą sobie do głowy i paf! Pokazują jak się umiera od strzału w łeb.

Głupi nie jestem, bo bez trudu łapię tę wyrafinowaną mowę ciała. Głupi jestem, bo nic sobie z tego nie robię i zapewniam raz po raz wszystkich wokół, że wiem, co robię; wiem, gdzie idę i po co. Daję im do zrozumienia ze śmiechem, że jak na razie nikt mnie w całym Maroko nie próbował zabić, a bywałem tu i tam, i że nie spodziewam się, aby miało to nastąpić nagle gdzieś na rogatkach Fezu. Osoba o zdrowych zmysłach pewnie posłuchałaby wtedy dobrej rady tubylców i zawróciła lub wybrała inną drogę, ale ja mam to do siebie, że zmieniać planu nie lubię, a więc bardziej komfortowa wydaje mi się perspektywa bycia ograbionym lub zabitym, niż wracania do hostelu, płacenia za cokolwiek i zaczynania wszystkiego od nowa następnego dnia. Tamci nie dają za wygraną, ciągle za mną idą, machają rękami, podnoszą głos. To oni sprawiają, że zaczynam czuć się nieswojo, nie zaś błoga ciemność malująca się przede mną. Ciemność to azyl, tam będę bezpieczny.

Nagle tuż koło mnie pojawia się dziewczyna po dwudziestce, bardzo ładna i zgrabna, nawet na tle innych Marokanek. Długie włosy brąz spływają jej po sukience, a na nosie zatknięte ma okulary w grubych oprawkach. W Europie powiedziano by, że wygląda nerdowsko, ale tam mało kogo na takie okulary stać i są raczej oznaką statusu społecznego. Dziewczyna mówi po angielsku, widać, że się kształciła, i aż mi żal, że przyszło jej mieszkać w takiej nieprzyjemnej okolicy.

– Nie idź tam, tam cię ktoś zabije albo okradnie – mówi.

– To samo powiedzieli mi ci ludzie, znaczy: tyle zrozumiałem – odpowiadam ze śmiechem, dokładnie tym samym tonem, którym zwracałem się do tych, co za mną leźli. Proszę jednak, żeby wyjaśniła, bo nie bardzo kapuję o co chodzi.

– To bardzo niebezpieczna okolica, nawet tutejsi boją się tam chodzić po nocy – odpowiada – Oni ci dobrze mówią, sami woleliby się tam nie kręcić.

– A jak to jest, że w całym kraju było tak bezpiecznie, a tu nagle tylu bandytów? – Nie daję za wygraną. Dziewczyna tłumaczy jeszcze przez chwilę, ale jestem nieugięty. Proszę ją tylko, żeby wyjaśniła ludziom, że wiem co robię, że się nie boję i żeby zostawili mnie w spokoju. Przy okazji wymownie zaczynam wywijać wokół siebie bałałajką, odpędzając od siebie gromadkę chłopaków. Dzieciaki odskakują ze śmiechem, z pewnością jest to dla nich największa atrakcja tego wieczoru, a może nawet i całego miesiąca, o której będą dyskutować z przejęciem przez najbliższe dni. W końcu dziewczyna odchodzi, ja idę dalej, ale już po kilku sekundach tłum znowu mnie otacza i klei się do mnie jak muchy, cały czas uporczywie wykonując te same gesty.

Powoli docieram do miejsca, gdzie stoją ostatnie uliczne latarnie, a wszystko, co dalej, niknie w ciemnościach. Z tej mrocznej otchłani wyłania się nagle stary mercedes, taki sam, jak wielkie taxi, ale sedan, w kolorze zgniłej zieleni. Samochód zatrzymuje się po drugiej stronie jezdni, a kierowca wysiada i podchodzi do mnie. Monsef, bo tak miał na imię ten chłopaczyna o przyjaznej twarzy, pyta co tu robię i powtarza dokładnie to samo, co tamta dziewczyna. Rozmawiamy chwilę, a on proponuje, że on i jego towarzysze, Hassan i Abdelali, zabiorą mnie z powrotem w kierunku centrum, do kawiarni. Mam wielką ochotę zniknąć w końcu w tej ponętnej ciemności, ale jestem już poważnie zdezorientowany całą sytuacją, a rozkrzyczany tłum zaczyna mnie zwyczajnie wkurzać. Zgadzam się na propozycję Monsefa, bo zawsze lepiej usiąść i w spokoju obmyślić plan, niż działać pod wpływem impulsu. A jaki jest lepszy sposób na wyluzowanie się, jak nie przy szklance marokańskiej herbaty?

Mężczyźni zabierają mnie w kierunku placu, na którym wcześniej zostawił mnie taksówkarz. Idziemy do kawiarni, siadamy przed nią, by móc swobodnie wyciągnąć nogi na wolnych krzesełkach. Po chwili przede mną pojawia się szklanka. Faceci częstują mnie fajkami.

Monsef ma 29 lat i pracuje w call center Orange. Codziennie gada z dziesiątkami Francuzików, którym coś się nie podoba albo którzy zalegają z opłatami za telefon. Pytam, co robią o tej porze w mieście – nie żebym się dziwił, bo oni tu i tak są bardziej aktywni w nocy, niż w dzień. Bardziej ciekawi mnie, w jakim konkretnie celu przyjechali.

– Jedziemy na wesele – odpowiada spokojnie Monsef.

– Jak to, o tej porze? U nas to się zaczyna dużo wcześniej.

– U nas też się zaczyna wcześniej, ale teraz są tam same kobiety i odprawiają jakieś tańce i rytuały. Mężczyźni przyjeżdżają później.

Widać, że im się nie spieszy, skoro przyjechali jeszcze na kawkę i herbatkę. Nawet się jakoś specjalnie nie odpicowali: Monsef ma koszulę w kratkę, jego koledzy po prostu jakieś polo. W Polsce wyjazd na ślub to byłaby bieganina, krzyczenie: „czemu jeszcze nie masz krawata?!”, a tam? Perfekcyjny spokój. To jest właśnie esencja tego kraju.

Monsef proponuje, że mogą zabrać mnie parę kilometrów za miasto, tam, gdzie nikt już nie mieszka i nikt się po nocy nie będzie kręcił. Przystaję na to. Ktoś płaci za moją herbatę i ruszamy w kierunku samochodu. Po drodze do wozu spływa na mnie jednak nagłe olśnienie: a co, jeśli to właśnie oni chcą mnie obrabować? Przyjechali „stamtąd”, zdobyli moje zaufanie, a teraz zapraszają do auta i proponują wywiezienie za miasto na kompletne pustkowie i w całkowitą ciemność. Niepostrzeżenie, ukradkiem zapisuję i zapamiętuję numery na blachach. O ile mnie nie zabiją, to zajmie się nimi żandarmeria, bo słyszałem, że sprawnie tutaj działa ściganie przestępców, a Maroko to państwo prawa.

Ładujemy moje toboły do bagażnika i już po chwili mijamy tych wszystkich, którzy jeszcze niedawno leźli za mną i ostrzegali przed pewną śmiercią. Wyjeżdżamy w ciemność.

Asfalt zaraz za miastem staje się dużo gorszy. Co tam dziury – nieraz w ogóle niknie i pojawia się kilkadziesiąt metrów dalej. Przednie reflektory oświetlają zbocza mijanych pagórków przy każdym zakręcie, poza tym nie widać nic. Pojedyncze światła na szczytach wzgórz stają się coraz rzadsze, w końcu zostaje ich tylko kilka na całym widnokręgu. Panowie zatrzymują się, pomagają mi z bagażem. Okazuje się, że nie chcą mnie zabić, strzelamy sobie tylko wspólną fotkę zanim odjadą.

2013-08-12 monsef

Mało brakuje, a zabiłbym się sam, bo kiedy tylko światła starego mercedesa znikają za zakrętem, chcę jak najszybciej usunąć się z drogi i zniknąć z pola widzenia, przełażąc przez barierkę. Oczy nieprzyzwyczajone do mroku płatają mi figla, bo to, co w moim mniemaniu jest płaską polanką, okazuje się urwiskiem. Krok dalej i leżałbym połamany dziesięć metrów niżej, w głęboko wyrzeźbionym korycie przepływającego pod jezdnią strumyka, wyschniętego o tej porze roku. Od upadku ratuje mnie nadjeżdżający samochód, który w porę oświetla okolicę.

Ruch o tej porze jest ogólnie dość duży, mimo że już prawie dwudziesta trzecia. Co chwilę mija mnie jakiś samochód, a mnie już całkiem opuścił strach, że ktoś mógłby się zatrzymać i mnie napaść. Nie pierwszy raz jestem w takiej sytuacji – jakoś wcześniej się to nie zdarzyło, czy to na pustyni, czy na pogórzu Atlasu, teraz pod Fezem też się tego nie spodziewam. Zakładam latarkę na czoło i ruszam przed siebie w poszukiwaniu miejsca, gdzie zbocza nie będą zbyt strome, a wzgórza w miarę niskie, żeby znaleźć choć kawałek płaskiego terenu.

Kiedy tylko schodzę z drogi okazuje się, że znalazłem się w dupie nieco większej, niż się spodziewałem, i że jacyś tam potencjalni bandyci to przy tym mały pikuś. Uczucie, że wdepnąłem w coś, w co wolałbym nie wdepnąć, rozchodzi się od stóp w górę: cały ten teren to jedno wielkie, pierdolone rżysko. Pagórkowate, pokryte grudowatą, zeschniętą ziemią, najeżone ostrymi jak kolce źdźbłami pozostałymi po żniwach. Najlepsze, co udaje mi się znaleźć, to lekko pochyłe zbocze (o płaskim mogę zapomnieć), ale doprowadzenie gleby do stanu, w którym można by na niej wygodnie leżeć, okazuje się niemożliwe.

Źdźbła miejscami przebijają podłogę namiotu, ale ja i tak karimatę rozkładam na zewnątrz. Jest przecież połowa sierpnia, a na dzisiejszą noc przypada największa aktywność Perseid. Co mi tam, że małe igiełki kaleczą delikatną gąbkę i wbijają mi się w plecy, skoro nade mną przez niebo prują kolosalne bolidy, wielkie, pomarańczowe kule, zostawiające za sobą białe ogony? Wkurza mnie tylko ta niewygoda i łuna milionowego miasta, zaślepiająca gwiazdy na połowie nieboskłonu. Na łunę nic nie poradzę, wydłubywaniem słomianych igiełek zajmę się rano, o ile oczywiście do tego czasu nikt mnie nie zabije.

2013-08-13 rzysko1

Petit taxi image credit: MarietNL @flickr, http://www.flickr.com/photos/marietfromamsterdam/5699986511/

Remaining pictures: own

Reklamy

3 thoughts on “Kto chciał mnie zabić pod Fezem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s