Za niepozorną bramą kryje się niewielki targ, gdzie straganów jest raptem trzy na krzyż, a wybór na tyle ubogi, że zawsze kupuję praktycznie to samo. Mimo wszystko jest to moje ulubione miejsce w całym mieście, a przynajmniej w rejonie tego przeżartego kulturalną zgnilizną placu.

Dojście do bramy jest osłonięte małym parkingiem dla motocykli i rowerów, do tego trzeba przejść na tyły wielkich dwuśladowych sokowirówek, przestąpić nad ciągnącym się po ziemi kablu, który doprowadza do nich prąd, i jeszcze wymanewrować pomiędzy paroma kałużami, wypełnionymi raczej nie deszczówką, a pomyjami i popłuczynami z okolicznej infrastruktury. Dla wielu turystów tego typu przeprawa to już za wiele i wolą oni pozostać w obrębie bezpiecznej, wyznaczonej jak dla baranów zagrody, ograniczonej szpalerem sokowirówek z lewej i szpalerem sokowirówek z prawej. Na targu turystów nie ma.

Mijając bramę wkraczam do innego świata, uderzającego atmosferą jakiegoś alternatywnego klubu albo artystycznego podziemia. Gnieżdżą się tutaj marokańscy hipsterzy, izolujący się od kręcącego się po placu mainstreamu. Nie mają nic wspólnego z tym motłochem.

2013-08-11 market

Wewnątrz panuje przyjemny chłodek, bo cały targ przykryty jest prowizorycznym zadaszeniem. Osłonięci od skwarnego słońca sprzedawcy nie muszą martwić się upałem. Dwaj lokalni panowie zagadują mnie, bo zauważyli, że próbowałem dukać coś po arabsku przy zakupie warzyw. Widzą moje gesty i to, jak skorelowane są z powitaniem. Są moi. Dowiaduję się od nich, jak powiedzieć jajko, cebula i pomidor. Są niesamowicie przyjaźnie nastawieni, cieszą się i ja cieszę się razem z nimi.

Trzy stoiska z mięsem ustawione są kolejno obok siebie, do tego wszystkie są identyczne. Podchodzę do pierwszego z lewej.

Salam, sahbi – witam się i wskazuję palcem na czerwone kiełbaski – Arba.

Facet za ladą wyciąga rękę po przekrwione wędliny. Chwyta w łapę wielką kiść kiełbasek i zabiera się do pakowania.

La, sahbi. Arba – powtarzam, lecz ten udaje, że rozumie mnie lepiej niż ja sam.

La szukran, sahbi – patrzę się na niego wymownie i odchodzę do drugiego straganu. Obsługujący w nim chłopak bez zbędnych ceregieli pakuje cztery czerwone kiełbaski. Nie próbuje nawet kombinować z ceną. Słyszał wszystko i wie, z kim ma do czynienia.

2013-08-09 meat

***

Na każdym blogu podróżniczym, na którym pojawia się jakaś wzmianka czy artykuł o Maroko, przewija się mniej więcej ta sama tendencja. Autor robi listę miejsc, które warto odwiedzić, i zazwyczaj pokrywa się ona z podobnymi listami z innych blogów – tak jakby wszyscy podróżnicy mieli losować spośród całkiem niewielkiej puli dostępnych destynacji i jakby nie dało się pojechać nigdzie indziej. Zawsze na takiej liście pojawia się Merzouga lub Zagora, żeby zobaczyć pustynię, często Ait Benhaddou i Essaouira, czasami Tanger albo jakieś mniejsze kurorty nad brzegiem oceanu. Na każdej liście pojawia się jednak absolutny pewnik – Marrakesz – bo przecież jak się wkracza do arabskiego świata, to koniecznie trzeba zanurzyć się w to zagłębie marokańskiej kultury.

2013-07-17 Marrakesh1

A ja mówię – nie. Nie jedźcie tam, jeśli chcecie poznać ten kraj takim, jaki jest naprawdę. Jeśli istnieją miejsca, które byłyby w stanie bardziej wypaczyć obiektywny obraz Maroka, to ciężko będzie im konkurować z Marrakeszem o palmę pierwszeństwa. Z Marrakeszu wrócicie wkurzeni, rozczarowani i spłukani. Prawdziwi Marokańczycy to nie ci panowie sprzedający w kolorowych bazarach, którzy operują doskonałym angielskim, są wykształceni i oczytani, a do tego uprzejmi i empatyczni, ale tylko dlatego, że u naiwnego Europejczyka chcą wzbudzić zaufanie, a następnie wpędzić w zakłopotanie i wydrzeć sześćset euro za parę szmat. To także nie ci chłopcy, którzy labiryntem wąskich uliczek będą chcieli zaprowadzić turystę do swojego hotelu, bo jest najtańszy, a jak spotkają się z odmową albo nie dostaną za swoją pomoc zapłaty, to się obrażą albo nawet zwyzywają. To także nie panowie sprzedający rozcieńczony, dosładzany sok albo dziesięciokrotnie przecenione owoce.

Prawdziwych Marokańczyków nie ma w Marrakeszu na Jemaa el Fna. Żeby ich znaleźć, trzeba wyjść poza obręb placu, wydostać się z przylegających do niego, naszpikowanych bazarkami uliczek, a może nawet opuścić całkiem medynę. Zaraz za jej murami zaczyna się prawdziwy świat, może bardziej brudny, bury i suchy, ale jednocześnie bardziej naturalny, prostolinijny i życzliwy. Nie ma tam udawanej uprzejmości ani ukrytych kosztów, o ile oczywiście wie się, jak się wobec lokalnego człowieka zachować. Opisany przeze mnie targ to taka mała enklawa, która uchowała się pośród oceanu zepsucia, jakim jest stara medyna. Właśnie dlatego tak bardzo mi się spodobał i właśnie dlatego nazwałem go podziemiem hipsterów.

2013-07-17 Marrakesh2

Marokańczycy dzielą się na dwie podstawowe grupy: tych, którzy zarabiają na turystach, i tych, którzy zazwyczaj na nich nie zarabiają. Zazwyczaj, bo wielu z nich, jeśli napatoczy im się zupełnie zdezorientowany idiota, nie zawaha się przed sprzedaniem mu chleba czy pomidorów za cenę o niebo większą. Chłopak na targu chciał mi wcisnąć prawie kilogramową kiść kiełbasek, mimo że wyraźnie zaznaczyłem, ile ich potrzebuję. Spodziewał się, że wezmę tyle, ile da, i zapłacę tyle, ile zażąda, bo nie będę umiał się wykłócić. Drugi nie próbował kombinować, bo wiedział, że nic na tym nie zyska. Wystarczy pokazać takiemu, że się z choinki albo palmy nie urwało, i już się go ma w garści. Marokańczycy bez wyjątku kochają obcokrajowców, którzy są czymś więcej niż turystą z aparatem. Parę słów po arabsku, odpowiednie gesty i spojrzenia, a facet dorzuci jeszcze darmową paprykę albo nawet zaprosi do domu. Z ludźmi trzeba umieć rozmawiać, ale przybysze z krainy All Inclusive zazwyczaj nawet nie próbują tego robić.

W ciągu sześciu tygodni spędzonych w Maroko spotkałem się z setkami przypadków uprzejmego lub życzliwego zachowania. W samym Marrakeszu nie było inaczej: kiedy raz próbowałem wydostać się na przedmieścia w kierunku Essaouiry, zapytani o ubikację chłopacy nie tylko zaprosili mnie na zaplecze swojego warsztatu, ale jeszcze naładowali mi do plecaka parę garści daktyli, kiedy odchodziłem. Zanim dotarłem na rogatki miasta, jeszcze co najmniej dwa razy musiałem odmawiać zaproszenia na iftar albo nocleg. Bardzo często zdarza się, że znudzony jałowymi turystami przechodzień mija obojętnie stojącego przy drodze autostopowicza nie mrugnąwszy nawet okiem, ale wystarczy się tylko odpowiednio odezwać, a zaświecą mu się oczka, a na twarzy pojawi promienisty uśmiech. Mniej więcej trzy sekundy później można już mu położyć rękę na boku powyżej biodra albo czterokrotnie go ucałować.

2013-07-26 Marrakesh3

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s