Nasza przygoda z Armenią zaczyna się jeszcze spory kawałek przed granicą. Po dość uciążliwych zmaganiach przy załatwianiu ostatnich spraw w Tbilisi, w końcu długo po zmroku udaje nam się dotrzeć na właściwy wylot z miasta i tam zaczynamy łapać stopa. W oddali słychać głuche odgłosy przechodzącej bokiem burzy. Gruzińskie samochody mijają nas obojętnie, ale w końcu zatrzymuje się granatowy, brudny od kurzu sedan na armeńskich blachach. Podbiegam do okna. Szyba od strony pasażera opuszcza się i wygląda zza niej wygolony na jajo brodacz o facjacie typowej dla bandyty. Bije jednak od niego wyraźna fala dobroduszności i uprzejmości. W ciemnym wnętrzu samochodu nie widać kierowcy, ale skoro panowie oferują podwózkę do samego Erywania, to grzechem byłoby nie skorzystać. Ładujemy się pospiesznie do auta i ruszamy.

Brodacz mówi jako tako po angielsku i po paru minutach przedstawiania się i opowieści o tym, co robimy, przechodzimy do nauki armeńskiego. Kilkanaście razy muszę powtórzyć „sznorakalucjon”, zanim udaje mi się to zapamiętać. „Barew” jest o niebo prostsze, tak samo jak wyrazy określające liczby i mnóstwo innych. Kierowca – jak się później okaże – także potrafi jako tako dogadać się po angielsku, ale idzie mu to gorzej niż brodaczowi, więc w czasie jazdy wysługuje się nim w kwestii tłumaczeń.

Po drodze zatrzymujemy się gdzieś, żeby przełożyć nasze graty do bagażnika. Dostrzegam leżący w nim sporej wielkości statyw. Panowie albo zajmują się geodezją, albo muszą kręcić jakieś filmy. Poruszam ten temat w samochodzie.

Okazuje się, że ten drugi strzał był prawidłowy. Vahe, kierowca, jest reżyserem filmowym. Jego film „Bez wyjścia” wchodzi właśnie do kin w kilku krajach. Pokazują nam zwiastun na telefonie. Jedną z ról gra jego brodaty towarzysz, Narek.

– A Ty czym się zajmujesz? – pytamy Narka.

– Jestem raperem – odpowiada brodacz – a Vahe kręci moje teledyski. Niedawno byliśmy w Los Angeles i nagraliśmy parę fajnych kawałków. Teraz wracamy z Rosji, gdzie promowaliśmy film.

Narek wyszukuje swój profil na YouTube i puszcza parę klipów. Podłącza telefon do samochodowego radia i z mocnych głośników zamontowanych przy tylnej szybie rozchodzą się głębokie basy. Armeński rap, szczególnie ze względu na melodyjność języka, brzmi całkiem przyjemnie. W takiej atmosferze przekraczamy granicę i ruszamy w głąb pogrążonego w ciemności kraju.

Niedługo później wybija dwunasta w nocy. Czekałem na tę chwilę, bo po północy to już nowy dzień, a nowy dzień to nowa data – 5 września. Moje urodziny. Nie omieszkuję pochwalić się tym przed Narkiem i Vahe.

– Wszystkiego najlepszego – życzą mi obaj. Po chwili Vahe nachyla się do Narka i przez jakiś czas rozmawiają między sobą po armeńsku. W końcu Narek odwraca się do nas i mówi:

– Jako że jest to dla ciebie wyjątkowy dzień, to nie chcielibyśmy, żebyście spędzili noc na ulicy. Vahe zaprasza was do swojego mieszkania w Erywaniu!

Trudno nie przystać na taką propozycję! Jesteśmy niezwykle ucieszeni, że tutejszą gościnność, o której tyle słyszeliśmy przed i w trakcie podróży, będzie nam dane poznać już pierwszej nocy, zaraz po wjeździe do kraju. Jazda na armeńskich blachach mija nam przyjemnie: na wymianie doświadczeń i opowieści o życiu, nauce języka i oczywiście – słuchaniu najnowszych kawałków Narka. Faktycznie musi być tutaj znany – kiedy zatrzymujemy się na stacji, żeby zatankować (tu się notabene jeździ na irańskim gazie, benzyny prawie nikt nie używa i na tej stacji nawet nie da się jej kupić), do Narka podchodzą jakieś okoliczne dresiki, tylko po to, żeby mu powiedzieć: „hej, to ty, znamy cię, słuchamy”.

Kiedy docieramy na miejsce jest trzecia rano. Vahe co prawda nie mieszka na stałe w Erywaniu, tylko w Araracie, ale w stolicy ma mieszkanie, w którym dzisiejszej nocy czeka na niego żona i córeczka. Odstawiamy Narka pod jego dom i dalej kierujemy się do siedziby reżysera. Żółtawe światła latarni, zalewające uśpione miasto, nadają mu niesamowitego, nieco ponurego charakteru. Po ulicach snują się jeszcze pojedyncze samochody, a ludzie kręcą się głównie w pobliżu otwartych jeszcze o tej porze barów i całodobowych sklepów.

Vahe parkuje swój samochód w kącie ciasnego podwórza, otoczonego ze wszystkich stron wysokimi kamienicami. Okolica nie wygląda najlepiej – mniej więcej podobnie jak dziedzińce krakowskich czy łódzkich kamienic, ale tutaj czuje się jakąś zupełnie inną aurę. Wdrapujemy się za naszym gospodarzem na czwarte piętro. Żona Vahe już na nas czeka z poczęstunkiem. Zrzucamy toboły i buty i rozsiadamy się wygodnie na kanapie. Filmowiec nie pozwala nam jednak odpocząć – przecież jesteśmy w Armenii!

A jak to w Armenii – trzeba się iść umyć. To jedna z rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięci odnośnie tego kraju. Słyszałem wcześniej głosy, że to kraj ludzi brudnych, zupełnie nie zwracających uwagi na swoją higienę i żyjących w tragicznych warunkach sanitarnych. A jak pokazał przykład Vahe oraz naszych gospodarzy, którzy gościli nas następnego dnia – przed przyjemnościami jest czas na obowiązki, a jednym z tych obowiązków jest kąpiel. Co prawda byliśmy w tym kraju krótko i może nie zobaczyliśmy całego spektrum, ale w temacie higieny wynieśliśmy stamtąd bardzo pozytywne wrażenia, zupełnie łamiące stereotypy.

Tyle tylko, że w kwestii kąpieli tam nie zadaje się pytań.

– Teraz ty idziesz się myć, a potem ty idziesz się myć – dyktuje Vahe tonem uprzejmym, ale nieznoszącym sprzeciwu, tak jakby to była bezdyskusyjna oczywistość. I wierzcie mi lub nie – ale takimi stwierdzeniami i tą bezkompromisowością Armeńczycy bezdyskusyjnie podbili moje serce.

Kiedy zaś nasz obowiązek zostaje posłusznie spełniony, na stole pojawia się drobny poczęstunek, w tym oczywiście wielki arbuz, pokrojony na kawałki. Vahe natomiast siada naprzeciwko nas, stawiając na stole butelkę piętnastoletniego koniaku.

– Dostałem go od ojca, żeby wypić go na specjalną okazję, a ta jest chyba odpowiednia – mówi, a ja czuję się mile połechtany jego słowami. Wznosimy po kolei toasty, ale pierwszy jest oczywiście za mnie jako dzisiejszego jubilata oraz za nas jako gości – a ci są w Armenii niezwykle szanowani.

Vahe natomiast w międzyczasie się rozkręca. Może to kwestia alkoholu, a może z czasem przypomina mu się coraz więcej angielskich słów. Dopiero co w samochodzie zdawał się wstydzić mówienia w tym języku i wysługiwał się Narkiem w kwestii tłumaczeń, a teraz idzie mu już całkiem nieźle. Rozmowa schodzi na coraz bardziej zróżnicowane tematy. Omawiamy zarówno historię Armenii, jak i Polski. Wspominam o rolach, jakie w naszym raju odgrywali ormiańscy imigranci w zamierzchłych czasach. Pytam o dość drażliwy temat kontaktów z Turkami, a jak już jesteśmy przy tym, to także o Kurdów. Spodziewam się deklaracji solidarności: obie nacje łączy przecież wspólny wróg (Turcja) oraz długa historia uciskania i walki o swoją suwerenność i terytorium. Vahe ma jednak zupełnie inne zdanie na ten temat. Mówi, że w jego kraju Kurdowie stanowią raczej margines społeczny i są raczej tanią siłą roboczą, niechętną do podejmowania edukacji i dbania o własny rozwój. Z tego też względu Kurdowie, mówi Vahe, nie zasługują na własne państwo, skoro brak im szacunku do siebie jako narodu. Nie wiem ile jest prawdy w jego słowach, ale uważam, że stanowisko Armeńczyka w tej kwestii jest warte przytoczenia, postanowiłem więc o nim w tym tekście wspomnieć.

Koniak kończy się, a na stole pojawia się jakiś jeszcze mocniejszy, przezroczysty specyfik. Rozmowa skacze z tematu na temat i przeciąga się praktycznie do szóstej rano, kiedy na zewnątrz zaczyna już świtać. Kładziemy się spać, bo przed nami kolejny dzień pełen wrażeń, ale o tym już następnym razem. Armenia ze swoją bogatą kulturą i historią zajmuje jedno z czołowych miejsc na liście tych krajów, które chciałbym poznać dużo lepiej i które zdecydowanie odwiedzę w przyszłości jeszcze raz, by się w nich zagłębić.

SAMSUNG CSC

Vahe, jego żona, córeczka, no i my :)

Reklamy

One thought on “Armenia: jazda na niskich tonach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s