Przez całą noc wiatr dął nieubłaganie, wystawiając na ciężką próbę nasz kopulasty i raczej mało opływowy namiot, który nie odleciał razem z nami chyba tylko dzięki obecności blaszanych ekranów wiatrochronnych, ciągnących się po zboczu równolegle do drogi. Teraz wiatr uspokoił się już nieco, chociaż dzikie porywy co i rusz szarpią naszym zielonym domkiem.

Słońce stoi już na niebie bardzo wysoko, kiedy w końcu wygrzebujemy się z naszego grajdołka, skulonego na niewielkim wypłaszczeniu pośród kęp kolczastych krzaków. Ze wzgórza rozciąga się widok na całą okolicę: na przełęcz i na przecinającą ją szosę. Dalej w dole, bliżej drogi, ciągnie się drugi rząd ekranów. Poprzedniego dnia w czasie podróży przez pustkowia wschodniej Anatolii widzieliśmy ich jeszcze więcej. Mają one chociaż trochę ograniczyć gwałtowne podmuchy, zdolne pewnie wywrócić przejeżdżające ciężarówki, szczególnie te wyładowane workami z wełną, a takich tutaj pełno.

Gęste kłębiaste chmury gonią po niebie w szalonym pędzie, rzucając na całą okolicę dynamiczne cienie sunące po zboczach. Próbuję nagrać ich ruch, chociaż utrzymanie lichego statywu w bezruchu nie jest w tych warunkach wcale takie łatwe.

W dole widać rozrzuconą po stokach wioskę, składającą się z kilkunastu wątłych budyneczków. Prowadzi do niej odchodząca od głównej drogi nieutwardzona ścieżka, która wije się pomiędzy zabudowaniami i niknie w oddali w głębokim wąwozie wcinającym się pomiędzy wzgórza. Nieopodal znajdują się także dwa cmentarze, świadczące wyraźnie, że w okolicy musi mieszkać sporo więcej ludzi albo że mieszkają oni na tej jałowej przełęczy od bardzo dawna.

Zaraz przy drodze, w najwyższym i najwęższym punkcie przełęczy, przejazdu strzegą czerwone budynki bazy żandarmerii. To właśnie tam, tuż przy bramie posterunku, wysadził nas wczoraj nasz ostatni kierowca, który wciągnął nas aż tutaj i który szczerze był zdziwiony, że chcemy wysiąść po ciemku w takim właśnie miejscu. Szukając miejsca na nocleg obawialiśmy się trochę, że światła naszych czołówek przyciągną uwagę żandarmów, ale nie wzbudziliśmy zainteresowania nikogo oprócz psów uwiązanych na łańcuchach, które ujadały dopóki nie zniknęliśmy im z oczu.

Pakujemy nasze legowisko i złazimy na przełaj w kierunku drogi, tak samo jak wczoraj po ciemku wdrapywaliśmy się na wzgórze. Teraz już wiemy, które rośliny omijać, bo poprzedniego wieczora srogo się pokaleczyliśmy, ładując się parę razy w kolczaste krzaczory.

Docieramy do drogi i zrzucamy toboły na szeroki, kamienisty pas pobocza, który razem z dwupasmową rzeką asfaltu stanowi idealny punkt do łapania okazji. Niebieska tabliczka głosi: Kızıldağ Geçidi, czyli Przełęcz Czerwona Góra, 2190 metrów nad poziomem morza. Na taką wysokość muszą się wtoczyć wszystkie wielotonowe ciężarówki, przemierzające centrum kraju z zachodu na wschód. Właśnie taką ciężarówką tutaj dotarliśmy, osiągając prędkości nie większe niż 30 km/h. Mamy nadzieję, że dalej pójdzie nieco szybciej, bo będziemy się już raczej staczać niż wtaczać, chociaż niedaleko czeka nas jeszcze jedna przełęcz o podobnej wysokości. Przebiega tędy europejska E80, chociaż od dłuższego czasu jesteśmy przecież w Azji.

Droga jest o tej porze niemalże opustoszała, nawet bardziej niż poprzedniego wieczora. Na tureckich międzymiastówkach zazwyczaj jest niewielki ruch – benzyna jest droga, a więc mało kto może pozwolić sobie na wyjazdy poza miasto, ale jak już kogoś stać na paliwo, to zazwyczaj stać go też na dobry samochód. Mijają nas więc auta raczej porządne, zazwyczaj niemieckie, a niektóre nawet wciąż na niemieckich blachach.

Nie czekamy długo, a zatrzymuje się koło nas gość w szarym peugeocie. Belil to Turek w średnim wieku, który jedzie do rodziny w Erzurum. Przez całą drogę podśpiewuje głośno w rytm muzyki lecącej w słuchawkach i w rytm tejże muzyki lawiruje po asfalcie. Jest we własnym świecie. Nachyla się do mnie i daje mi jedną słuchawkę. Kiwam głową na znak, że çok güzel. To produkcja raczej lokalna i nie nastawiona na eksport, bo pani w słuchawkach drze się przeraźliwie. Belil wychyla się teraz ostro w tył, żeby Iza też mogła posłuchać, i już zupełnie nie zwraca uwagi na to, że jedziemy lewym pasem.

– A wy dokąd? – pyta.

– Do Munzur Vadisi. Chcemy posiedzieć nad rzeką, bo ładnie.

– Oj oj oj – cmoka głośno Belil – Nie jedźcie tam. Kurdowie was zabiją.

Dowiadujemy się, że dolina rzeki Munzur to rejon aktywności kurdyjskiej partyzantki. Jeszcze niedawno trwały tam walki pomiędzy PKK a turecką armią, ale ostatnio nieco przycichło. Rebelianci pochowali się w górach, ale w całym rejonie czuć obecność tureckich służb pilnujących porządku.

W czasie jazdy i obowiązkowego przystanku na czaj wyjaśniamy Belilowi nasz plan bardziej szczegółowo. Znowu cmoka i tłumaczy, że nie ma opcji przedostania się z Erzincan prosto do doliny Munzur, a jak dotrzemy na miejsce, to sami dowiemy się dlaczego. Według naszej mapy z miasta odchodzi droga wijąca się przez góry, ale Belil twierdzi, że nie jest nawet bita i że nikt tamtędy nie jeździ. Faktycznie po dotarciu do Erzincan nasz entuzjazm nieco opada. Miasto położone jest na dnie szerokiej, płaskiej doliny, utworzonej przez żyzne namuły przyniesione przez meandrującą rzekę. Z dwóch stron ograniczają ją wyrastające nagle nagie skalne ściany. Szczyt po prawej, oddzielający nas od celu, wznosi się na 3463m n.p.m. Nawet nazwany został odpowiednio: Wzgórzem Sępów. Drogę w przełęczy między szczytami widać, ale rzeczywiście nie wygląda na zbytnio uczęszczaną.SAM_2079_M2

Belil proponuję podwózkę dalej w stronę Erzurum, do miejsca, gdzie drogi się rozwidlają: jedna prowadzi dalej na zachód, a druga odbija ostro na południe w kierunku Tunceli. Trochę naokoło, ale to właśnie tam zaczyna się park narodowy i tamtędy przepływa Munzur.

Miejsce rozwidlenia dróg jest obecnie sporym placem budowy. Robotnicy drążą właśnie tunel i przebijają się przez litą skałę. Główna droga biegnie wzdłuż rzeki, zaś jej boczna odnoga przechodzi po moście i następnie pod wiaduktem kolejowym, a następnie niknie w wąskim wąwozie. Wygląda to jak prawdziwa brama do Doliny Munzur. Nikt nie wjedzie i nikt nie wyjedzie inaczej, jak właśnie tędy.

Idealne miejsce na posterunek. Ledwo mijamy wiadukt, a po drugiej stronie wita nas parę samochodów żandarmerii i opancerzonych wojskowych terenówek. Panowie kontrolują wszystkie przejeżdżające auta. Po lewej widać kilka rozrzuconych po skalistym zboczu umocnień strzelniczych, a po prawej rozciąga się licha wioseczka. Tuż za posterunkiem dostrzegamy ukryty wśród drzew spożywczak, a zaraz obok niego czajownię. Kierujemy się tam zaraz po przywitaniu z mundurowymi.

Czajownia okazuje się miejscem, w którym skupia się całe życie wioski. Wśród bywalców widać przedstawicieli kilku pokoleń. Kilku najbardziej sędziwych panów zajętych jest właśnie grą w „okey” – tradycyjną turecką grę, łudząco podobną do znanego u nas Rummikuba, ale różniącą się zasadami. Niektórzy panowie są podobno grubo po dziewięćdziesiątce. Aha, no właśnie – jesteśmy już w Kurdystanie, a ci panowie to Kurdowie.

Po paru czajach wracamy na drogę. Pan żandarm od razu nas zauważa i gestem pokazuje, że dalej mamy nie iść. – Terroryści was zabiją – mówi. Pokazuje palcem gdzie mamy stać, a sam wychodzi na środek drogi. Kiedy tylko spod wiaduktu wyłania się biała kabina tira, mundurowy podnosi jedną rękę, a drugą wskazuje na pobocze.

Ładujemy się do ciężarówki. Żandarmeria złapała nam stopa! Pan w mundurze instruuje jeszcze kierowcę, gdzie ma nas zawieźć, a ten wcale nie wydaje się zdziwiony całą tą sytuacją. Moglibyśmy mieć czułki i po dwie pary oczu, a oni i tak by nam pomogli. Teraz czeka nas kilkugodzinna przeprawa przez góry, aby znaleźć się w samym sercu tej nękanej niepokojami krainy…

Ciąg dalszy nastąpi – to zaledwie wstęp do obszerniejszego tekstu. Kontynuacja niedługo pojawi się na blogu :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s