8 mniej znanych miejsc, które warto odwiedzić w Maroku

Tego typu list dotyczących Maroka było już mnóstwo i znaleźć można je na każdym portalu o podróżach i na wielu blogach osób, które tam były. Zazwyczaj powtarzają się w nich te same miejsca i – nie przeczę – wiele z nich jest naprawdę wartych zobaczenia. Jeśli jednak robi się listę 10 miejsc, które trzeba tam zobaczyć, zawsze zaczyna się od tych najbardziej znanych (Marrakesz, Merzouga, Chefchaouen), a na te mniej znane zazwyczaj brakuje już miejsca. Żeby więc i te ostatnie otrzymały trochę zasłużonej uwagi, postanowiłem zrobić taką listę, która nie będzie powielać najczęściej odwiedzanych marokańskich atrakcji, a skupi się na tych, o których wciąż mało kto słyszał. Jeśli chcecie zobaczyć Maroko mniej znane – i może bardziej prawdziwe – zdecydowanie powinniście poniższą listę mieć przy sobie, podróżując po tym kraju!

Wymienione poniżej miejsca także są w większym lub mniejszym stopniu turystyczne – taka już specyfika tego kraju. Starałem się jednak wybrać takie, które osobiście mnie urzekły, a które jednocześnie są mniej znane oraz w miarę przyjazne niskobudżetowym podróżnikom.

Czytaj dalej

Aït Benhaddou – praktyczne informacje

Aït Benhaddou to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Maroka i stały bywalec wszystkich list miejsc wartych odwiedzenia w tym kraju. Nic zresztą dziwnego – położony malowniczo na wzgórzu wielowiekowy ksar to obiekt wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO oraz miejsce kręcenia kilkunastu filmów, między innymi Mumii, Gladiatora oraz Aleksandra. Całkiem niedaleko znajduje się zresztą Ouarzazate, czyli zagłębie marokańskiej kinematografii, gdzie znaleźć można muzea związane z filmami, np. muzeum Gladiatora.2013-07-13 09.45.03_DxOObecnie większość mieszkańców wyprowadziło się już z ufortyfikowanej osady i przeprowadziła do położonych na płaskim terenie domów po drugiej stronie rzeki. Mimo wszystko kasbahy Aït Benhaddou wciąż zamieszkiwane są przez kilka rodzin.

2013-07-13 10.47.14_DxO

Kasbah, czyli typowa dla Maroka warowna rezydencja

Położenie

Miasteczko znajduje się w odległości 30 km od Ouarzazate i 191 km od Marrakeszu. Niegdyś przebiegał tędy główny szlak karawanowy, co doprowadziło do rozkwitu osady, jednakże od czasu kiedy poprowadzono drogę wąwozem Tichka, znaczenie strategiczne i logistyczne ksaru zmalało. Obecnie główna droga przebiega około 10 km od Aït Benhaddou, co sprawia, że miasteczko znajduje się wyraźnie na uboczu.

Ait_benhaddou_mapaDojazd
Droga dojazdowa do Aït Benhaddou

Droga dojazdowa do Aït Benhaddou

Większość zorganizowanych, dwu- lub trzydniowych wycieczek z Marrakeszu do pustynnej Merzougi obejmuje Aït Benhaddou, zazwyczaj w drodze powrotnej. Można także wykupić wycieczkę do samego ksaru lub do Ouarzazatu. Codziennie kilka pełnych autokarów i busów dowozi turystów na miejsce.

Pomiędzy Marrakeszem i Ouarzazatem kursują regularne autokary (także te używane przez Marokańczyków), a więc można nimi łatwo dojechać do położonego przy głównej drodze Tabourahte. Stamtąd jest to już bardziej problematyczne: można próbować dojechać taksówką lub czekać na okazję, chociaż prywatne samochody (a w nich kierowcy, którzy niekoniecznie chcą zarobić na turystach) jeżdżą tamtędy bardzo rzadko. Próba dojechania od głównej drogi do ksaru (szczególnie za darmo) może okazać się problematyczna i czasochłonna.

2013-07-13 11.18.56_DxOAutostop to jednak świetny sposób na dotarcie do miejscowości, chociaż nawet nie ze względu na oszczędność, a raczej ze względu na niesamowite widoki podczas przeprawy przez wąwóz Tichka, na trasie z Marrakeszu. Jest to jedna z najbardziej krętych dróg w całej Afryce, a krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, w zależności od tego, czy jesteśmy po nawietrznej czy zawietrznej stronie Atlasu. Droga przedziera się przez góry i wspina bardzo wysoko, w najwyższym punkcie osiągając 2140m n.p.m.! Warto więc podczas jazdy zatrzymać się parokrotnie i napawać widokami, nawet jeśli będzie to oznaczało zmianę kierowcy. Ja miałem szczęście o tyle, że mój kierowca nie jechał tamtędy od lat i sam chciał porobić trochę zdjęć. Przejechałem całą trasę dwukrotnie i jeśli bym mógł, przejechałbym ją jeszcze nie raz.

2013-07-13 11.41.28_DxO

Droga pomiędzy Ouarzazatem i Marrakeszem. W lewo – skręt w kierunku Aït Benhaddou. Dobre miejsce na łapanie stopa.

Ze względu na urokliwe pejzaże oraz swobodę poruszania się, dobrym pomysłem jest dojazd wypożyczonym samochodem, jeśli ktoś decyduje się na taki wydatek. Serpentyny i kilkusetmetrowe, niezabezpieczone urwiska mogą jednak wymagać od kierowcy sporego doświadczenia i pewnej ręki.

Z Marrakeszu lub Ouarzazatu można także jak najbardziej dojechać grande taxi. O ile z tego drugiego jest to całkiem rozsądna opcja pod względem ceny i długości (zaledwie 30 km), to dojazd z Marrakeszu wydaje mi się bardzo złą decyzją – pokonywanie serpentyn w ścisku i zaduchu może nie skończyć się dobrze, a poza tym omija nas mnóstwo pięknych widoków. Podobnie w tym względzie jest także w przypadku zorganizowanych wycieczek autokarowych – wielu ich uczestników po prostu przesypia najciekawszą część trasy!2013-07-25 16.19.06_DxO

Kiedy zwiedzać?

Zazwyczaj w przypadku odpowiedzi na takie pytania mówi się o porach roku, ale w tym przypadku czynnikiem znacznie ważniejszym jest pora dnia. Kiedy ja i mój kompan Will zwiedzaliśmy ksar, był on kompletnie pusty i oprócz kilku panów czekających przy swoich typowo turystycznych bazarkach nie było tam nikogo. Byłem zdziwiony, szczególnie że spodziewałem się tam tłumu turystów. Tym bardziej dziwiło mnie także, w jaki sposób panowie z bazarków zarabiają na chleb powszedni, skoro nie ma komu kupować ich towaru.

Odpowiedź uzyskaliśmy dopiero po opuszczeniu ksaru i powrocie do głównej drogi w Tabourahte. Kiedy siedzieliśmy przy drodze, próbując złapać stopa w kierunku Marrakeszu, minęło nas kilka turystycznych busów, każdy wypełniony turystami, i wszystkie po kolei skręciły w drogę wiodącą ku Aït Benhaddou. Było to dokładnie o 12 w południe.

2013-07-13 10.25.42_DxOMy – jak można się domyślić – zwiedzaliśmy ksar rano. Poprzednią noc spędziliśmy w namiocie nieopodal Tabourahte, po czym wstaliśmy rano i około 9 rano dotarliśmy do osady. Jest to pora, kiedy nie ma tam jeszcze ani turystów przyjeżdżających z Marrakeszu, ani tych wracających z Merzougi. Dopiero około południa ksar się zapełnia i mimo że nie widziałem tego na własne oczy – jestem pewien, że panuje tam istny turystyczny Sajgon. Polecam więc zdecydowanie spędzenie nocy w okolicy Aït Benhaddou (także ze względu na malowniczą okolicę) i wybranie się na zwiedzanie z samego rana.

2013-07-13 09.48.08_DxO

Jeśli zaś chodzi o pory roku, to w gruncie rzeczy każda jest dobra. Na wiosnę może być tam znacznie bardziej kolorowo (ksar otoczony jest palmowym gajem), zaś w lecie mogą doskwierać upały – miasteczko położone jest już po tej suchej stronie Atlasu. Różnica jest także w poziomie wód w rzece – w okresie suchym wysycha ona całkowicie, zaś w pozostałym okresie napełnia się wodą. Ma to znaczenie w zależności od tego, w jaki sposób chcemy dostać się do samego ksaru.

2013-07-13 10.53.03_DxO

Koryto rzeki Ouarzazate, zupełnie wyschnięte o tej porze roku – tak, chodzi o ten szeroki pas w dolnej części zdjęcia!

Dostęp

Oficjalne wejście do ksaru prowadzi przez most na rzece, na którego końcu znajduje się „pobór opłat”. Nie jestem do końca pewny, czy jest to w jakiś sposób sformalizowane i czy w ogóle legalne. W każdym razie dostanie się do środka bez biletów jest jak najbardziej możliwe, normalne i nikt nie powinien robić z tego problemu.2013-07-13 09.52.17_DxOAby dostać się do środka za darmo, należy przekroczyć rzekę w innym miejscu. Kiedy jest ona wypełniona wodą, powinno być możliwe przejście po kamieniach. W porze suchej natomiast rzeka jest wyschnięta, więc można ją przejść w dowolnym miejscu. Istnieje drugie wejście (a właściwie wyjście dla tych, którzy kupili bilet), które jest dobrze widoczne – można z niego raczej swobodnie korzystać. Można także przekroczyć inną bramę, przejść przez ogród i wejść do ksaru w dowolnym możliwym miejscu.

2013-07-13 10.09.58_DxO

Szukaj takich furtek w murze!

Wewnątrz kompleksu dostęp do wielu opuszczonych pomieszczeń jest nieograniczony, dzięki czemu można swobodnie eksplorować siedziby tutejszych mieszkańców sprzed lat. Należy jednak uważać, ponieważ w wielu miejscach strop lub schody mogą nie być zbyt pewne. Sklepienie jest często bardzo niskie, więc najmniejsze pomieszczenia wymagają nawet zgięcia w pół!

2013-07-13 10.47.09_DxONa szczycie wzgórza znajduje się spichlerz, który był ostatnim punktem obrony w przypadku oblężenia. Roztacza się stamtąd piękny widok na okolicę. Na dach spichlerza lub przynajmniej na jego pierwsze piętro da się wejść, należy jednak uważać – schody, a raczej ich lichy substytut, są bardzo chwiejne. Trzeba także uważać na „przewodników” oferujących oprowadzenie po osadzie. W spichlerzu mogą oni chcieć „pomóc” wspiąć się na piętro, aby następnie usunąć schodki i czekać aż zapłaci im się za postawienie ich z powrotem. Nam się to nie zdarzyło, ale sądząc po treści artykułu na WikiTravel – jego autorowi już tak. My nie korzystaliśmy z usług nikogo takiego.

2013-07-13 10.40.50_DxO

Na większość z tych dachów można wejść!

 Bagaże

Poruszanie się po kompleksie z dużym plecakiem może być uciążliwe, szczególnie ze względu na ciągłe wspinanie się po schodach oraz niskie stropy w pomieszczeniach. Będąc jeszcze w nowszej części miejscowości warto zagadać do jakiegoś sklepikarza lub innego mieszkańca, czy nie można by u niego przechować bagażu. My tak właśnie zrobiliśmy – zostawiliśmy plecaki w spożywczaku. Warto jednak przez zostawieniem naszego dobytku zabrać z niego najcenniejsze rzeczy, w szczególności dokumenty i elektronikę, ale o tym chyba nie trzeba nikomu mówić. Odradzam jednak pozostawiania bagaży u sprzedawców bazarowych – jeśli zamierzasz do nich później wrócić, to oczywistym dla nich jest, że zamierzasz również coś kupić.

2013-07-13 09.42.40_DxO

Widok na ksar z nowej części miasteczka

Noclegi

W okolicy Aït Benhaddou jest kilka miejsc, gdzie można się przespać w wygodnym łóżku, ale ceny są typowo hotelowe – od około 400 dirhamów (160 zł) w górę. Przy wjeździe do miasteczka znajduje się również camping, jednakże ceny ani forma funkcjonowania nie są mi znane. Zdecydowanie polecam jednak namiot – nie dość, że krajobraz jest przepiękny, to jeszcze Aït jest położone na uboczu, z dala od większych miast, co oznacza, że w nocy pięknie widać gwiazdy – szczególnie, jeśli przybędziesz tam w czasie nowiu! Wrażenia zdecydowanie niezapomniane.

2013-07-13 07.11.03_DxO

Marokańskie drogi

Jeśli ktoś przymierzałby się do autostopowej podróży po Maroko, to przed wyjazdem warto przyjrzeć się, jakich dróg możemy się tam spodziewać, jakiego natężenia ruchu, samochodów, krajobrazów i miejscówek do łapania okazji. Z drugiej strony jechanie w ciemno i odkrywanie wszystkiego na miejscu jest jeszcze bardziej ekscytujące, jednakże wywiedzenie się zawczasu, czego można spodziewać się w tak egzotycznym kraju, na pewno ograniczy strach przed podróżowaniem i zapewni psychiczny komfort. Sam, przekraczając cieśninę pomiędzy Europą a Afryką, spodziewałem się, że zaraz dalej zacznie się pustynia, a na pustyni się umiera. Nic bardziej mylnego. Ogromna część całego kraju porośnięta jest roślinnością, pustynia jest niewiarygodnie bezpieczna, a na pomocnych ludzi można natrafić wszędzie.

Czytaj dalej

Marokańscy kierowcy

O tym, jak wygląda autostop w Maroko, najłatwiej przekonać się, patrząc na twarze kierowców. Zazwyczaj są to twarze przyjazne, bo rzadko kiedy zatrzymują się osoby obojętne lub nastawione negatywnie, a jeśli już – to często są to ci, którzy za podwózkę oczekują zapłaty. W większości przypadków zapłaty da się uniknąć lub po prostu z usług takiej osoby można nie skorzystać, grzecznie dziękując. O tym, gdzie autostopować i jak rozmawiać z kierowcami – opowiem innym razem. Poniższa galeria ma za zadanie nakreślić profil potencjalnego marokańskiego kierowcy tak, aby przyszły podróżnik wiedział, czego może się spodziewać. Warto zwrócić także uwagę na to, jakimi samochodami się oni poruszają.

Czytaj dalej

Zgniłe pomarańcze

Za niepozorną bramą kryje się niewielki targ, gdzie straganów jest raptem trzy na krzyż, a wybór na tyle ubogi, że zawsze kupuję praktycznie to samo. Mimo wszystko jest to moje ulubione miejsce w całym mieście, a przynajmniej w rejonie tego przeżartego kulturalną zgnilizną placu.

Dojście do bramy jest osłonięte małym parkingiem dla motocykli i rowerów, do tego trzeba przejść na tyły wielkich dwuśladowych sokowirówek, przestąpić nad ciągnącym się po ziemi kablu, który doprowadza do nich prąd, i jeszcze wymanewrować pomiędzy paroma kałużami, wypełnionymi raczej nie deszczówką, a pomyjami i popłuczynami z okolicznej infrastruktury. Dla wielu turystów tego typu przeprawa to już za wiele i wolą oni pozostać w obrębie bezpiecznej, wyznaczonej jak dla baranów zagrody, ograniczonej szpalerem sokowirówek z lewej i szpalerem sokowirówek z prawej. Na targu turystów nie ma.

Mijając bramę wkraczam do innego świata, uderzającego atmosferą jakiegoś alternatywnego klubu albo artystycznego podziemia. Gnieżdżą się tutaj marokańscy hipsterzy, izolujący się od kręcącego się po placu mainstreamu. Nie mają nic wspólnego z tym motłochem.

2013-08-11 market

Wewnątrz panuje przyjemny chłodek, bo cały targ przykryty jest prowizorycznym zadaszeniem. Osłonięci od skwarnego słońca sprzedawcy nie muszą martwić się upałem. Dwaj lokalni panowie zagadują mnie, bo zauważyli, że próbowałem dukać coś po arabsku przy zakupie warzyw. Widzą moje gesty i to, jak skorelowane są z powitaniem. Są moi. Dowiaduję się od nich, jak powiedzieć jajko, cebula i pomidor. Są niesamowicie przyjaźnie nastawieni, cieszą się i ja cieszę się razem z nimi.

Trzy stoiska z mięsem ustawione są kolejno obok siebie, do tego wszystkie są identyczne. Podchodzę do pierwszego z lewej.

Salam, sahbi – witam się i wskazuję palcem na czerwone kiełbaski – Arba.

Facet za ladą wyciąga rękę po przekrwione wędliny. Chwyta w łapę wielką kiść kiełbasek i zabiera się do pakowania.

La, sahbi. Arba – powtarzam, lecz ten udaje, że rozumie mnie lepiej niż ja sam.

La szukran, sahbi – patrzę się na niego wymownie i odchodzę do drugiego straganu. Obsługujący w nim chłopak bez zbędnych ceregieli pakuje cztery czerwone kiełbaski. Nie próbuje nawet kombinować z ceną. Słyszał wszystko i wie, z kim ma do czynienia.

2013-08-09 meat

***

Na każdym blogu podróżniczym, na którym pojawia się jakaś wzmianka czy artykuł o Maroko, przewija się mniej więcej ta sama tendencja. Autor robi listę miejsc, które warto odwiedzić, i zazwyczaj pokrywa się ona z podobnymi listami z innych blogów – tak jakby wszyscy podróżnicy mieli losować spośród całkiem niewielkiej puli dostępnych destynacji i jakby nie dało się pojechać nigdzie indziej. Zawsze na takiej liście pojawia się Merzouga lub Zagora, żeby zobaczyć pustynię, często Ait Benhaddou i Essaouira, czasami Tanger albo jakieś mniejsze kurorty nad brzegiem oceanu. Na każdej liście pojawia się jednak absolutny pewnik – Marrakesz – bo przecież jak się wkracza do arabskiego świata, to koniecznie trzeba zanurzyć się w to zagłębie marokańskiej kultury.

2013-07-17 Marrakesh1

A ja mówię – nie. Nie jedźcie tam, jeśli chcecie poznać ten kraj takim, jaki jest naprawdę. Jeśli istnieją miejsca, które byłyby w stanie bardziej wypaczyć obiektywny obraz Maroka, to ciężko będzie im konkurować z Marrakeszem o palmę pierwszeństwa. Z Marrakeszu wrócicie wkurzeni, rozczarowani i spłukani. Prawdziwi Marokańczycy to nie ci panowie sprzedający w kolorowych bazarach, którzy operują doskonałym angielskim, są wykształceni i oczytani, a do tego uprzejmi i empatyczni, ale tylko dlatego, że u naiwnego Europejczyka chcą wzbudzić zaufanie, a następnie wpędzić w zakłopotanie i wydrzeć sześćset euro za parę szmat. To także nie ci chłopcy, którzy labiryntem wąskich uliczek będą chcieli zaprowadzić turystę do swojego hotelu, bo jest najtańszy, a jak spotkają się z odmową albo nie dostaną za swoją pomoc zapłaty, to się obrażą albo nawet zwyzywają. To także nie panowie sprzedający rozcieńczony, dosładzany sok albo dziesięciokrotnie przecenione owoce.

Prawdziwych Marokańczyków nie ma w Marrakeszu na Jemaa el Fna. Żeby ich znaleźć, trzeba wyjść poza obręb placu, wydostać się z przylegających do niego, naszpikowanych bazarkami uliczek, a może nawet opuścić całkiem medynę. Zaraz za jej murami zaczyna się prawdziwy świat, może bardziej brudny, bury i suchy, ale jednocześnie bardziej naturalny, prostolinijny i życzliwy. Nie ma tam udawanej uprzejmości ani ukrytych kosztów, o ile oczywiście wie się, jak się wobec lokalnego człowieka zachować. Opisany przeze mnie targ to taka mała enklawa, która uchowała się pośród oceanu zepsucia, jakim jest stara medyna. Właśnie dlatego tak bardzo mi się spodobał i właśnie dlatego nazwałem go podziemiem hipsterów.

2013-07-17 Marrakesh2

Marokańczycy dzielą się na dwie podstawowe grupy: tych, którzy zarabiają na turystach, i tych, którzy zazwyczaj na nich nie zarabiają. Zazwyczaj, bo wielu z nich, jeśli napatoczy im się zupełnie zdezorientowany idiota, nie zawaha się przed sprzedaniem mu chleba czy pomidorów za cenę o niebo większą. Chłopak na targu chciał mi wcisnąć prawie kilogramową kiść kiełbasek, mimo że wyraźnie zaznaczyłem, ile ich potrzebuję. Spodziewał się, że wezmę tyle, ile da, i zapłacę tyle, ile zażąda, bo nie będę umiał się wykłócić. Drugi nie próbował kombinować, bo wiedział, że nic na tym nie zyska. Wystarczy pokazać takiemu, że się z choinki albo palmy nie urwało, i już się go ma w garści. Marokańczycy bez wyjątku kochają obcokrajowców, którzy są czymś więcej niż turystą z aparatem. Parę słów po arabsku, odpowiednie gesty i spojrzenia, a facet dorzuci jeszcze darmową paprykę albo nawet zaprosi do domu. Z ludźmi trzeba umieć rozmawiać, ale przybysze z krainy All Inclusive zazwyczaj nawet nie próbują tego robić.

W ciągu sześciu tygodni spędzonych w Maroko spotkałem się z setkami przypadków uprzejmego lub życzliwego zachowania. W samym Marrakeszu nie było inaczej: kiedy raz próbowałem wydostać się na przedmieścia w kierunku Essaouiry, zapytani o ubikację chłopacy nie tylko zaprosili mnie na zaplecze swojego warsztatu, ale jeszcze naładowali mi do plecaka parę garści daktyli, kiedy odchodziłem. Zanim dotarłem na rogatki miasta, jeszcze co najmniej dwa razy musiałem odmawiać zaproszenia na iftar albo nocleg. Bardzo często zdarza się, że znudzony jałowymi turystami przechodzień mija obojętnie stojącego przy drodze autostopowicza nie mrugnąwszy nawet okiem, ale wystarczy się tylko odpowiednio odezwać, a zaświecą mu się oczka, a na twarzy pojawi promienisty uśmiech. Mniej więcej trzy sekundy później można już mu położyć rękę na boku powyżej biodra albo czterokrotnie go ucałować.

2013-07-26 Marrakesh3

Maroko pod namiotem

Mimo że w Maroko spędziłem całe sześć tygodni, zaledwie dziewięć razy spałem pod namiotem – albo pod gołym niebem obok namiotu. To znacznie mniej, niż w czasie mojej podróży przez Europę. Dodatkowo w większości przypadków robiłem to z wyboru, bo po prostu w tym konkretnym czasie i miejscu chciałem spędzić noc w terenie. Poniższa galeria ukazuje wszystkie dziewięć miejsc, każde inne od pozostałych. Nie jest to zbiór porad dotyczących kempingu w Maroko – na to przyjdzie jeszcze czas w osobnym poście.

1. Wyschnięte koryto rzeki nieopodal Ait Benhaddou

Pierwszą marokańską noc pod chmurką spędzam z Willem, z którym podróżuję od paru dni. Kasbah Ait Benhaddou znany jest jako miejsce, gdzie kręcone były sceny do Gladiatora, Aleksandra i kilkunastu innych filmów. Wpisane na listę UNESCO ufortyfikowane miasteczko na wzgórzu pójdziemy zwiedzić dopiero rano – teraz już się ściemnia, a więc czas rozpalić ognisko, przygotować jedzenie i poleżeć pod gwiazdami, bo zaiste wyglądają oszałamiająco.

2013-07-13 Ait Benhaddou1 Czytaj dalej